POSTRZAŁKI - III. POLE - Poszukiwanie postrzałków z jamnikiem szorstkowłosym. Grandel - tropowiec.

Idź do spisu treści

Menu główne:

 

PROSTE TRENINGI

Początek sezonu to czas, kiedy intensywnie polujemy z Grandlem na polach. Duża ilość dzików i odrobina myśliwskiego szczęścia powodują, że spotkań mamy sporo. Grandel wytrzymuje już nawet bliską odległość do zwierza, nie płoszy dzików w trakcie podchodu , udaje mu się opanować emocje na tyle, że spokojnie jesteśmy w stanie wypracować strzał. Dopiero przy bliskiej odległości do dzików zdarza mu sie głośniej pisnąć, ale w porównaniu z początkami to jest to już wręcz milowy postęp... Owocuje to klikoma prostymi ścieżkami po komorowych strzałach do przelatków...

 
 

W KUKURYDZY


Jesteśmy w gościnie u zaprzyjaźnionego leśnika podsłuchując niemrawe początki rykowiska. Po powrocie z wieczornego wyjścia zasiadamy do kolacji, kiedy gospodarz odbiera telefon od jednego z kolegów. Relacjonuje, że ten strzelał do starego byka na łące, odchodzącego na kulawy sztych. Byk odskoczył dając bok. Po drugim strzale zwalił się w ogniu. Szczęśliwy strzelec, dając bykowi w spokoju napisać testament poszedł spokojnie po samochód. Kiedy wrócił, po byku pozostała wygnieciona trawa i sfarbowana ścieżka prowadząca w czterdziestohektarkowy łan kukurydzy. Niestety rano poszukiwania nie będą możliwe - proza życia.

Jedziemy we trzech. Każdy ze swoim psem. Grandel ma do asysty łajkę i ogara, w razie gdyby byk się podniósł i zaczął uchodzić. Po czterech godzinach od strzału docieramy na miejsce. 

Wysiadam z samochodu, Grandel już wie po co przyjechał i niecierpliwi się na otoku. Rozwijam otok, odpalam spokojnie gps i...

Zanim się zorientowałem zostałem sam przy samochodzie z wariującym Grandlem. Cała nasza obstawa ruszyła na sfarbowany trop - oczywiście łajka i ogar puszczone luzem już grasowały w kukurydzy. Pięknie...

Farba jest obfita, dość jasna. Wchodzimy w kukurydzę, gdzie pozwalam psu pracować luzem. Znika w ciemnościach. Patrzę na lokalizator - odległość do Grandla zwiększa się. Syszymy pojednyczy szczek Grandla, za chwilę kolejny - coś głosi. Widzimy, że psy oddalają się wgłąb łanu - podążamy za nimi na przełaj zbaczając z tropu. Po 300m od zestrzału widzimy, że psy zatrzymały się w miejscu, raz odezwała się łajka, Grandel głosi, a niebawem do naszych uszu dobiega jazgot zaatakowanego przez zwierza jamnika. Cisza. Na ekranie lokalizatora widzę, że Grandel wraca po swoich śladach. Przez głową przechodzą czarne myśli - nadział się na wieniec byka i szuka ratunku... Stoimy bezradnie w kukurydzy, łajka z ogarem dalej buszują, tylko mój jamnik wraca. Widzę, że powrócił do początku tropu, a następnie od nowa w kukurydzę po swoich śladach. Po 70m zatrzymuje się w miejscu. "Nie znalazł mnie i wykrwawia się" - przechodzi mi przez głowę. 

- Idę sprawdzić co z psem. Oznajmiam kolegom i kieruję się w stronę Gradla. 150m, 100m, 40m, 10m... Znajduję na jamnika. Szczerzy kły. 

"Jest w szoku, po ranach jakie otrzymał"- myślę. Oglądam go uważnie - nie stwierdzam żadnych obrażeń... 

 Puszczam go z powrotem luzem. Prostuję się i odwracając dostrzegam leżącego metr za moimi plecami byka...

Wołam kolegów, którzy z kolei odwołują swoje psy.

Przeanalizowaliśmy na spokojnie całą sytuację. 

- Wiesz jak jest - trzy psy, każdego jest najlepszy - skwitował jeden z kolegów z uśmiechem, wręczając mi złom, który zatknąłem za obrożą Grandla...

Prawdopodobnie psy podążyły za dzikiem, który przypadkiem znajdował się w pobliżu zgasłego byka. Grandel podążył za dzikarzami, a kiedy dzik go zaatakował, stwierdził, że jednak po co innego tu się znalazł, więc powrócił do tego, czego był uczony. Byk trafiony tuż za łopatką, na kulawy sztych, wylot na mostku. Długość tropu od miejsca zestrzału - 120m. A wrażeń... 


 
 
 

GODZINKA


Wracamy z wyjazdu. Rano dzwoni telefon.

- Jednego patroszę, a drugi poszedł, mam trochę farby po kropelce doszedłem jakieś 300m, potem zgubiłem ślad. Masz czas?

Jesteśmy na zestrzale po 15 godzinach od strzału. Strzelany na śródleśnej łące spory dzik poszedł w nawłoć, rzucając co jakiś czas kilka kropli farby. Idziemy na otoku, Grandel prowadzi zdecydowanie. Dzik wyszedł z nawłoci, podążając chwilę jej brzegiem, po czym z powrotem skierował się w gąszcz. Po ok. 400m tropu, przed nami coś się podnosi. Myśląć, że to dzik, zwalniam Grandla z otoku. Popędził za zwierzem. Po dwudziestu minutach pościgu, udaje nam się dostrzec młodego byczka daniela... "Szlag by trafił!" -klnę w duchu.

Zapinam psa na otok, po czym wracamy w miejsce, gdzie puściłem go w gon. Bez najmniejszego problemu jamnik podejmuje trop i ruszamy spokojnie dalej. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach znajdujemy potwierdzenie, że dobrze idziemy - na żółtych liściach odrobina zachniętej farby. Grandel prowadzi pewnie, wychodzimy na wysoki las, żeby po kolejnych kilkudziesięciu metrach przejść rzadkim sosnowym młodnikiem wzdłuż rzędów. Nie widzę farby, podobnie jak idący z tyłu strzelec. Wychodzimy z młodnika na drągowinę, przy której biegnie lokalna szosa. Widzę po psie, że zgubił trop, zaczyna kręcić się w koło. Odprowadzam go na skraj młodnika, gdzie podejmuje trop, który skręca pod kątem prostym w prawo. Pies ciągnie w swoim stylu, na pewno jest na właściwej ścieżce. Na potwierdzenie myśli, dostrzegam kroplę farby na ściółce.  Przechodzimy kolejny wąski pas młodnika, tym razem w poprzek. Trop prowadzi w kierunku szosy. Przechodzimy przez asfalt, gdzie dostrzegam kolejną kroplę farby. Podnoszę głowę, a w odległości 20m dostrzegam czarne cielsko... Wycinek ważył 75kg, otrzymał postrzał na szynkę, kula wyszła przez miękkie. Łączna długość tropu to 1400m. 


 
 

DEWIZOWE


Obstawiamy z Grandlem dewizówkę. W pierwszym dniu dzieje się niewiele, nudzimy się nieco.  A już w drugim pojawia się sporo pracy dla tropowca. W drugim miocie strzelanina, do dojścia byka (na pewno trafiony) i dwa dziki. Z miejscowym kolegą przyjeżdżamy sprawdzić dziki, byk potrzebuje więcej czasu. Dewizowiec zaznaczył sfarbowany trop warchlaka wiodący w głąb miotu. Po kilku metrach przedzierania się w jerzynach, puszczam Grandla luzem. Znikąd dołącza do nas miejscowy foksterier. Po dosłownie minucie rozlega się głoszenie Grandla. Dzik żyje! Wtóruje mu foksterier, psy głoszą pięknie. Skradamy się z kolegą powolutku, żeby wreszcie zobaczyć osaczonego warchlaka siedzącego na tylnich biegach. Wybieram dogodny moment, żeby strzałem za ucho zakończyć mękę dzika. Dzik strzelony na szynkę, z tyłu na sztych - brak wylotu, kula utkwiła w środku. Dzik zrobił łącznie ok. 80m od miejsca strzału.

Jedziemy sprawdzić drugiego dzika - po 200m okazuje się, że został dostrzelony przez podkładaczy w kolejnym miocie.

Czekamy jeszcze, żeby sprawdzić byka - po trzech godzinach od strzału ruszamy na trop. Nigdzie nie ma żadnych śladów trafienia, koledzy z obsługi widzieli że byk był sfarbowany, jednak nigdzie nie ma farby. Po 300m kluczenia po jerzynach, widzę, że Grandel jest wyraźnie podniecony, puszczam go luzem. Niemal natychmiast zaczyna głosić zwierza. Ku naszemu zaskoczeniu z jerzyn podnosi się dzik zamiast byka. Niech to szlag! Grandel puszcza się w gon, jednak o dziwo już po 200m zawraca i przybiega z powrotem. Ruszamy od nowa. Po 1200m przedzierania się przez jerzyny rezygnujemy. W tak trudnym terenie byk musiałby się położyć gdyby był naprawdę ciężko ranny. Oglądam raz jeszcze video z momentem trafienia - niegroźna obcierka grzbietu.

Trzeci dzień przynosi sporo pracy. Niestety kontuzja wyklucza mnie z aktywnych poszukiwań - Grandel wraz z doświadczonym podkładaczem - Andrzejem ma do sprawdzenia tropów. 

Na początek sprawdzamy strzał do byka oddany w ostatnim miocie dnia poprzedniego - po 400m widzę, że pies nie ma żadnego konretnego potwierdzenia, zawracamy. 

Sprawdzamy strzały do jeleni na dużym nieużytku. Puszczam Grandla do pracy luzem i już po chwili widzę, że przyspawał się do tropu. Wołam Kolegę i podjeżdżam autem w okolice tropu. Znajduję kilka kropli farby. Sprawdzam na lokalizatorze postępy, Grandel jest już 700m przed nami. Powoli zmniejszamy dystans do psa, trop wiedzie przez trudno dostępny teren, po czym zbliża się do granicy obwodu w postaci rzeki. Tu widzę, że jamnik postanowił przerwać poszukiwania - wraca swoich śladach. Znowu nic. 

Sprawdzamy sfarbowanego niedużego dzika. Trop wiedzie przez 350m, po czym okazuje się, że dotyczył dzika, którego wcześniej dopadły łajki pracujące w miocie. 

Kolejne pędzenie przynosi dużą ilość strzałów do dzików. Trafiamy znów na niegroźny miejscowy postrzał mięśniowy - 500m kluczenia po jerzynach i Grandel sam wraca do auta. 

Brakuje nam sukcesu. Wreszcie dwa strzały do byków. Andrzej sprawdza pierwszego - leży po 50m od miejsca trafienia, strzelony na idealną komorę. Po krótkiej chwili odchodzą od jelenia, żeby sprawdzić drugi zestrzał. Jest farba, dobra, dość obfita, jednak ciemnawa. Mimo to, Grandel uparcie wraca do pierwszego byka. Potrzebuje chwili, żeby na nowo przyspawać się do tropu. Po 100m Andrzej zwalnia psa z otoku, żeby niemal natychmiast usłyszeć go głoszącego w miejscu. Trwa to jednak zbyt krótko, żeby zdążył przedostać się w pobliże psa, a na lokalizatorze widzę, że jamnik oddala się od miejsca stanowienia. Od miejsca gdzie rozpoczęliśmy poszukiwania, przebiegł już dobre 500m, kiedy nagle słyszymy pojednyczy strzał. Na gpsie widzę,że pies zatrzymał się  w miejscu. Siedzi przy zwierzu - stwierdzam. Skracamy dystans do Grandla, po czym okazuje się, że w pobliżu trwa kolejne pędzenie. Po jego zakończeniu docieramy do psa. Siedzi przy zgasłym byku, w odległości 40m od zadowolonego dewizowca. Strzałem w kark położył byka, który przyszedł mu zza miotu na stanowisko. Oznajmiam mu, że jeleń był postrzelony - nie wierzy. Dopiero po pokazaniu farby postrzałka - przyznaje rację. Byk strzelony był na niską spóźnioną komorę. Łączna długość topu to 718m. 


    



 
 

KONIEC PLANU 


Do planu brakuje jeszcze kilku sztuk kóz... Dochodzę do siebie po operacji kolana, to pierwsze od dwóch miesięcy wyjście w teren. Grandel na otoku dostaje szału, kuśtykam powoli z psem przy nodze. Podchodzimy na otwartym polu rudel saren, wreszcie z odległości 120m oddaję strzał do kozy. Ta robi rakietę i znika z pozostałymi za górką, widzę jeszcze w lunecie, że wyraźnie wisi jej przednia cewka, a więc dobry komorowy strzał. 

Dochodzimy z wariującym Grandlem na górkę, gdzie była strzelana koza, wychylamy się i... NIC!

Na widnokręgu widzę tylko kilka saren, ale nigdzie w odległośi 500m na śniegu nie leży moja koza! Szlag by trafił! Grandel próbuje się wyrwać potęgując moje zdenerwowanie. Nie mogę uwierzyć, że sarna nie leży. Jest wyraźna farba na śniegu. Zastanawiam się, co robić, siły jeszcze nie pozwalają mi na dalekie spacery. Dzwonię do kolegi, z którym polujemy, podjedzie wkrótce. Mija chwila, więc luzuję jamnika i obserwuję, jak na pełnej prędkości się oddala. Kuśtykam po farbie, pies znika mi z oczu za górką oddaloną o 500m. Dalej zaczyna się już większy kompleks leśny. Nawigacja gubi Grandla, zmieniam antenę na dłuższą. Po zmianie udaje mi się złapać sygnał z psem. Jest w miejscu. Ma ją! Nie wiem, czy sarna żyje, dzwonię do kolegi, za chwilę podjeżdża. Ruszamy autem przez pole, po dwóch minutach jesteśmy na skraju lasu, Grandel jest 100m w głąb rzadkiego lasu brzozowego. Wysiadam z auta, pies nie głosi, więc sarna już zgasła. Podchodzimy. Kiedy się zbliżamy, Grandel ostrzegawczo zaczyna szczekać. Oglądamy kozę. Kula rozwinęła się na mostku, nie uszkadzając kości, po czym trafiła w drugą cewkę, na wysokości mostka. Spowodowała obfity krwotok, który spowodował wykrwawienie się zwierza. 

Łączna długość tropu to 1300m!

- Niesamowite. Stwierdza kolega.

- Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył. Dodaje.

- Ja też. Przytakuję.  

 
 

PEŁNIA... 


Powoli wracamy do formy, znów polujemy w miarę intensywnie. Pies dojrzał, co powoduje, że na polowaniu zachowuje się już w miarę poprawnie, do momentu strzału oczywiście. W księżycową, śnieżną noc udaje nam się zwabić tumaka, który po strzale z odległości 7 kroków kończy żywot na oczach  niesamowicie spokojnie siedzącego do tego momentu Grandla. Cieszymy się zdobyczą, kiedy dzwoni telefon:

- Nie zgadniesz, spaprałem dzika. Poszedł, zamiast zostać w ogniu. Nie ma farby, ale słyszałem przybicie, niemożliwe żebym spudłował. 

- Gdzie mam przyjechać?

Ustaliliśmy, że najpierw na miejsce podjedzie Paweł z Afrą, a w razie czego pomożemy. Afra kieruje się w młodnik, więc ze względu na brak lokalizatora i młody wiek Afry, koledzy decydują, żeby jednak dać popracować Grandlowi. 

Po ok. godzinie po strzale docieramy na miejsce. Jest pełnia, śniegu 5cm, widać jak w dzień. 

- Były dwa, duży i mały, strzelałem do mniejszego, na pewno poszły osobno - relacjonuje kolega.  

Puszczam Grandla luzem, wystartował w szalonym tempie. Tymczasem stoimy we trzech na zestrzale, świecę latarką i dostrzegamy ścinkę w postaci dwóch fragmentów szczeciny. 

Grandel robi niewielkie kółko, żeby minąć nas i ponownie udać się na trop. Krzysiek twierdzi, że ten pierwszy kierunek obrał zdrowy dzik, a teraz poszedł za tym strzelanym. Również Afra kilka chwil wcześniej podążała tym tropem. 

Mija pięć minut, zerkam na gps, kiedy do naszych uszu dochodzi oszczek Grandla. Trzyma dzika!

Jest niedaleko, w odległości 140m od nas. Ładuję broń i ruszamy. Powolutku zbliżamy się do psa, który głosi, jednak jakby bez zaciętości, milknąc co jakiś czas na kilkanaście sekund. 

Skradamy się powoli, Grandel jest już w odległośi 20m w niewielkim świerkowym młodniku. Teraz słychać wyraźnie, że co chwila przerywa oszczek, żeby nieco poszarpać zgasłego dzika. W świetle latarki dostrzegam jamnika, który coraz odważniej zabiera się za tarmoszenie warchlaka...

Oglądamy postrzał - miękkie. Jelita zatkały otwór wylotowy, przez co na zestrzale ani na ścieżce nie było nawet kropli farby. 

Trop krótki, bo jedynie 140m, ale bez psa dzik bardzo trudny do podniesienia.

Pozytywne jest, że Grandel głosił zgasłego dzika, jednak podejrzewam, że robił to ze względu na brak pewności o tym, czy dzik aby na pewno nie żyje, gdyż po ciemku nie był wstanie tego na pewno stwierdzić. 



    



 
 
 
 
 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego