POSTRZAŁKI - II. POLE - cz.1 - Poszukiwanie postrzałków z jamnikiem szorstkowłosym. Grandel - tropowiec.

Idź do spisu treści

Menu główne:

Wycinek

Przed 21.00 wieczorem odbieram telefon:
- Kolega poluje?
- Kolega leży przed telewizorem oddając się oglądaniu filmu u boku swojej Lubej.
- Aha...Strzelałem do dzika na polu - blisko, na 70m, był dość duży. Na pewno dostał, zawrócił, wpadł w las słyszałem łomot za plecami i ucichło. Łazimy z kolegą (sympatykiem) i nie możemy nic znaleźć - jest kropla farby i tyle. Co radzisz?
Nauczony doświadczeniem Kolegów, dłużej zajmujących się poszukiwaniami postrzałków proponuję:
-Oznaczcie miejsce gdzie znaleźliście farbę na skraju lasu i widzimy się rano o świcie.
-OK.

Przybywamy na miejsce - poranna rosa na polu, zaznaczone miejsce gdzie dzik wpadł do lasu. Idziemy na zestrzał - Grandel wariuje czując ciepłe tropy watahy z nocy. Biega chaotycznie, zupełnie jak w przypadku przelatka z lipca, na dodatek strzelanego niemal w tym samym miejscu.
Na zestrzale żadnej farby, która jednak pojawia się na zbożu już kilkanaście metrów dalej. Farba jasna, dość sporo, ale nie jest ciągła - wygląda jak rzucana. Duże krople. Widać, że jest przestrzał, bo są miejsca zafarbowane po obu stronach tropu. Widoczna co 30-40m. Wchodzimy do lasu, dębowy, z rzadkim podszytem, przechodzący w olchowy przy leśnym rowie z wodą. Po przejściu ok. 180m od miejsca zestrzału za rowem farba się urywa - a Grandel czując świeże tropy watahy z nocy - gubi trop. Chodzimy w kółko - Kolega stoi przy ostatniej farbie, ja z Grandlem sprawdzamy kolejne tropy - jednak pomimo, że pies ciągnie dość zdecydowanie nieznajdując potwierdzenia w farbie zawracam do miejsca ostatniej farby. Trwa to dobre pół godziny, w końcu stwierdzam, że trzeba zaufać psu, który po raz drugi kieruje się tą samą ścieżką. Wychodzimy z olch, przez brzozowy zagajnik, gdzie widzę że Grandel wyraźnie coś poczuł... Na skraju wyrośniętej sosnowej drągowiny dostrzegam zgasłego dzika, do którego po chwili dopada jamnik... Pierwszy raz był zły na strzelca, że tak szybko próbuje mu odebrać jego zdobycz - jednak przewodnikowi jakoś pozwolił się zabrać... Ostatni kęs, pieczęć, złom, pamiątkowe zdjęcia... Dzik o wadze 66kg, strzelony na środek łopatki, lekko na kulawy sztych (wylot na przedzie drugiej łopatki), kal. 308 Win. Łączna długość ścieżki ok 270m. Darz Bór!




 
 

Za ucho

O 5:30 rano odbieram smsa:
"Mam farbę - masz czas?"
Nie jest to zazwyczaj czas w ciągu dnia, kiedy jestem strasznie zajęty, więc odpisuję,
"Pewnie."

Akurat jest to pora przed porannym spacerem Grandla, który wyraźnie zdziwiony patrzy, jak bez jego interwencji wstaję i się ubieram.
Po 20 minutach jesteśmy u Kolegi, pijemy spokojnie kawę i ruszamy na zestrzał.

Kolega strzelał wieczorem do przelatka na łące. Za ucho, bo było blisko. Dzik przewrócił się i uszedł do lasu dość obficie farbując. Strzelcowi wydawało się, że usłyszał charczenie, ale o tym powiedział mi dopiero później. Próbował szukać przy latarce, doszedł jakieś 150m od miejsca zestrzału, farba się urwała.
Wieczorem lało jak z cebra, ale mimo to na łące farba dość widoczna - ciemna, jakby rzucana. Grandel szybko podejmuje trop, na komendę "Szukaj!" tylko rzuca spojrzenie potwierdzające, że wie po co tu się znalazł i ruszamy. Po ok. 60m wchodzimy do lasu,  wysoki z leszczynowym podszytem, idzie się przyzwoicie. Farba widoczna coraz rzadziej, po chwili urywa się na dobre. Zaznaczam w nawigacji ostatni punkt i idziemy zdając się już tylko na psi węch. Nauczony doświadczeniem z ostatniego postrzałka pozwalam Grandlowi spokojnie pracować. Idzie zdecydowanie, ale do wytrzymania dla przewodnika. Dzik szedł skarpą, co jakiś czas widoczne ślady rapet, ale żadnego potwierdzenia w postaci farby.
Po kolejnych 100m Grandel jakby gubi trop, zaczyna wyraźnie go znów poszukiwać, ale trwa to tylko chwilę. Przechodzimy na drugą stronę skarpy, gdzie pod dziką gruszą znajdujemy zgasłego przelatka.
Waga dzika 57kg, kula umiejscowiona tuż za żuchwą, brak wylotu. Nie ruszyła kręgosłupa, a jedynie delikatnie aortę. Stąd charczenie. Łączna długość ścieżki to 450m, z czego ostatnie 220m bez farby!  

 
 

Przelatek w rzepaku

Siedzimy z Grandlem na zejściu. Zaraz po zajęciu stanowiska pojawiają się dwa dziki. Wiatr wieje w ich kierunku, ale pomimo to pies wyraźnie zaniepokojony. Po długiej obserwacji na ścieżce technologicznej wreszcie dostrzegam pędzel. Krzyż na komorę, strzał. Słyszę wyraźne przybicie. Dzik wpada w rzepak. Grandel zaczyna wariować, ale po chwili trochę się uspokaja. Robimy sobie dłuższy spacer i po godzinie jesteśmy na zestrzale. Nie widzę farby, choć pies wyraźnie podniecony. Chwila zwątpienia, ale idziemy w kierunku, gdzie poszedł dzik. Po15 metrach dochodzę do Grandla, który tarmosi przelatka. Dobry, komorowy strzał, ale mimo to, nie dostrzegłem farby poza miejscem, gdzie dzik zgasł.

 
 

Sobotni wycinek

"Zapraszam z psem" - SMS od Kolegi przerwał nam poranny podchód.
Z opisu wyglądało, że dzik będzie leżał.
Przyjął kulę, która powaliła go w ogniu, jednak po chwili dzik wstał i zrobił kółko chwiejąc się mocno, po czym wpadł w pobliske zarośla. Dla pewności, po godzinie przyjechaliśmy z Grandlem. Na zestrzale kawałek płuca i sporo farby, na dobrze widocznej ścieżce obfita farba.  
Krótki 50m spacerek w jedną stronę i dużo dłuższy z powrotem z przytroczonym 73kg wycinkiem.

NA RZEPACZYSKU

Po obfitujących w spotkania z dzikami czerwcu i lipcu nie zakończonych strzałem ku niezadowoleniu Grandla, wreszcie doszliśmy do klarownej sytuacji. Wieczór wcześniej Grandel nie wytrzymał i odezwał się tuż przed strzałem, płosząc watahę, ale tym razem nie zdążył. Co prawda dzik strzelony w kark został w ogniu, ale jamnik ładnie odtworzył ścieżkę, którą ciągnęły przelatki.   

 
 

Przelatek

Zaczęły się żniwa, co owocuje większą ilością spotkań z dzikami. Po dwugodzinnych bezowocnych poszukiwaniach warchlaka w poprzerastanym owsie - spudłowanego przez jednego z nemrodów, w ramach treningu przeszliśmy się krótką ścieżką za strzelonym przez kolegę Tomka Przybysia na komorę przelatkiem... Grandel zadowolony, że wreszcie mógł coś znaleźć niezbyt chętnie dopuścił nas do dzika...

 
 

WARCHLAk

Krótka treningowa ścieżka za lekko spóźnionym warchlakiem - 30m, ale Grandlowi wydaje się, że im szybciej tym lepiej.

 
 
 

Rykowisko...

Sierpień i początek września to spokojne miesiące - niewiele się działo. Sprawdziliśmy jedną ocierkę do dużego dzika, a w połowie rykowiska dwa czyściutkie pudła do byków. Szkoda, bo jeden z byków zareagował na bliski strzał, jednak ani Grandel, ani sprowadzony w ramach kontroli doświadczony posokowiec jednego z kolegów, nie potwierdził trafienia. W ramach treningu po trzygodzinnej, krótkiej - 50m ścieżce powstałej po komorowym strzale, Grandel podnosi swojego pierwszego byka, którego  (o dziwo!) zaczyna głosić. Kilka dni później ładnie po 40m w trudnym terenie, odnajduje strzelonego godzinę wcześniej ósmaka, jednak do głoszenia namówić się już nie daje..

 
 

WRZEŚNIOWY PORANEK

Rykowisko ma się ku końcowi. Polujemy intensywnie, w łowisku sporo myśliwych, więc i szanse na spotkanie zwierzyny duże. W ramach rozgrzewki zaraz po przyjeździe sprawdzamy strzał do dzika z rana. Wyrwa po kuli na piaszczystej drodze i 500m spacerku na otoku potwierdzają brak trafienia - czyste pudło. Grandel niewyżyty...
Rano rozjeżdżamy się na wybrane sektory. Kilka minut po 7.00 pada strzał. Słyszę wyraźne przybicie, a po chwili rozmawiam z Kolegą. Strzelał do byka z ambony. Odległość 80m, rakieta i byk wpada w olchowe rabaty. W czasie gdy rozmawiamy przez telefon, na sąsiedniej ambonie pada strzał. Kolejny z kolegów - tym razem do schodzącego wycinka. Zapowiada się pracowity poranek.
Po godzinie jesteśmy na zrębie, gdzie strzelany był byk. Biorę Grandla na otok i wędrujemy na miejsce strzału. Pies wyraźnie podejmuje trop i kieruje się w rabaty. Starając się dostrzec farbę, idziemy za psem. Po 215m widzę wystającą z traw tykę... Składam gratulacje strzelcowi, który podchodzi do swojego pierwszego byka. Piękny dwunastak. Po drodze nie puścił farby (przynajmniej nie stwierdziliśmy), strzał na lekki kulawy sztych, wlot w okolicach środka tuszy, wylot tuż za łopatką. Kula nie napotkała na kości, dając niewielki otwór zarówno od strony wylotu. Pamiątkowe zdjęcia, malowanie, sygnał "Jeleń na rozkładzie"...
Kiedy stoimy nad bykiem pada strzał od strony kolegi, który strzelał poprzednio do dzika. Znów do dzika - identycznego jak ten poprzedni - słyszymy wyraźne uderzenie kuli. Grandel niechętnie pozostawia swojego byka, kilkukrotnie próbując zawrócić. Wreszcie łaskawie wskakuje do samochodu. Jedziemy sprawdzić strzały do dzików.

 
 
 

Sprawdzamy pierwszy trop. Po strzale dzik wskoczył do kanału, po czym zniknął myśliwemu z oczu. Słyszał łamanie się gałęzi, a następnie wszystko ucichło. Po 1,5 godziny z drugiej strony ambony, mniej więcej z kierunku w którym poszedł pierwszy dzik wyszedł na łąkę kolejny - identyczny. Strzelał na ok 110m,o godz.8:30 na śródleśnej łące, do spokojnie idącego dzika, musiał trafić. Sprawdzamy z Grandlem strzał do pierwszego dzika, jednak po ok. 500m stwierdzamy, że najprawdopodobniej strzelał dwukrotnie do tego samego dzika. Idziemy z Grandlem na otoku łąką, już po chwili wyraźnie łapie trop. Wchodzimy w zabagnioną wiklinę, po ok. 30m od miejsca strzału, na liściu trawy dostrzegamy niewielką kroplę farby. Po kilkudziesięciu metrach zawracam psa do początku chcąc jeszcze raz przyjrzeć się farbie. Potem okazało się, że byliśmy tuż przy dziku. Ruszamy raz jeszcze, żeby po kolejnych 30m zobaczyć sporą ilość farby, wygląda na wątrobową. Powoli na otoku wchodzimy w wiklinę, gdzie już po kolejnych siedemdziesięciu metrach widzę, że dzik zaczyna kluczyć. dwukrotnie przymierzam się do puszczenia pipiskującego Grandla z otoku - nie wiedzieć czemu nie robię tego. Mało tego, kolega głośno odbiera telefon, za co szybko otrzymuje ode mnie reprymendę... Grandel coś poczuł, jednak dalej trzymam go na otoku, nagle za nami (!) słyszymy kłapanie oręża! Natychmiast zwalniam psa z otoku, który wpada w suchą kępę traw, żeby natychmiast z niej wyskoczyć po szarży wycinka. Teraz głosi już z odległości kilku metrów rannego dzika. Kolega zostaje z tyłu, natomiast ja powolutku podchodzę do łoża, żeby po kilku próbach zlokalizowania dzika, wreszcie oddać strzał łaski... Grandel z pasją rzuca się na dzika, nie chce dopuścić do niego szczęśliwego strzelca.. Łączna długość ścieżki to ok.230m, natomiast widać na mapce jak zachował się ranny dzik.
Popełniam przy tej pracy kilka podstawowych błędów, które nie powinny były się tu przytrafić. Po pierwsze - zaraz po zorientowaniu się że postrzał był na wątrobę - trzeba było poczekać conajmniej 3 godziny od momentu strzału. Po drugie - w trudnym terenie za późno zwolniłem psa z otoku - dzik mógł zaatakować nas z boku, gdyby nie to, że był bardzo ciężko ranny. Po trzecie - należy myśliwego przeszkolić, jak powinien zachowywać się przy dochodzeniu postrzałka. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, ale nie wolno popełniać takich błędów..

 
 

"ODYNIEC"

Ok. 21.00 Rozmawiam z jednym z kolegów. Siedział na skraju dużego łana kukurydzy. Opowiada, że miał wielkiego odyńca, ale zawiodła broń - miał niewypał. Dzik poszedł w kierunku kolegi, który siedział na sąsiedniej ambonie. Po chwili - na odległość ok. 70m oddał strzał do dzika, stojącego w cieniu dębów - na niewielkiej łączce na skraju kukurydzy. Po strzale nastała kompletna cisza. Obaj słyszeli uderzenie kuli. Po pół godzinie przyszli do dzika, którego nie było. Zdeptali z latarkami okolicę, jeden słyszał łamanie gałęzi w lesie. Rano przyjechali z wyżłem węgierskim sprawdzić zestrzał. Nie znaleźli ani farby, ani dzika, pies poszedł kawałek w las, ale nic ponad to.
Przyjeżdżamy z Grandlem o13.00 - po ok. 17. godzinach od strzału. Pytam strzelca czy dzik poszedł w kukurydzę - na pewno nie - odpowiada pewnym głosem. "Widziałbym" - dodaje.
Na otoku szukamy miejsca zestrzału. Grandel niespiesznie jak na niego obwąchuje ścieżki prowadzące w las, ale z powrotem wychodzi na łąkę. Spacerujemy chwilę, po czym wracamy w okolicę miejsca gdzie najprawdopodobniej był strzelany dzik. Widzę, że wreszcie łapie trop i zdecydowanie ciągnie w kukurydzę, ku zdziwieniu strzelca. Po kilkunastu metrach w dostrzegam na liściu kropelkę farby wielkości kciuka. Po kilku kolejnych metrach jeszcze jedną, niewielką. Puszczam psa luzem, a z Kolegą zaczynami poszukiwać ścieżki, którą szedł dzik. Po chwili w odległości 160m od nas, w kukurydzy słyszymy głoszącego Grandla. Powoli skradamy się w miejsce, gdzie słyszymy psa, jednak kiedy dochodzimy na odległość ok. 50m Grandel przestaje głosić, co oznacza, że dzik uszedł dalej. Grandel wraca - wydaje się jakby po nas. Mijam go w kukurydzy, na komendę "Szukaj" wraca ochoczo w kierunku, gdzie poszedł dzik. Po chwili znów słyszymy głoszącego Grandla. Sprawdzam na nawigacji, są kolejne 200m dalej. Podchodzimy po cichu bliżej, wypatrując sylwetki dzika, jednak sytuacja się powtarza. Dzik rusza ostro, kiedy podchodzimy na odległość 10m. Wygląda na zdrowego i bardzo mobilnego. Rozglądam się szukając bezowocnie farby. Pies puszcza się za dzikiem, a my za nimi.  Sytuacja się powtarza, dzik zdecydowanie oddala się wgłąb kukurydzy, jednak tym razem obiera zdecydowany kierunek na las. W duchu cieszę się, bo kukurydza jest jednak trudnym terenem do oddania strzału.
Idę w kierunku w którym podążył Grandel. Kolega został z tyłu, ustalamy, że odetnie dzikowi drogę na pobliskim przejeździe kolejowym. Wchodzę w brzeziniak poprzerastany jerzynami i nawłocią. Po chwili mijam w odległości 20 m, pozostawione przez nas samochody. Po kolejnych kilkunastu metrach napotykam na wracającego jamnika. Dał sobie spokój? Zapinam go na otok i ruszamy dalej tropem dzika. Grandel robi sobie przerwę na odpoczynek - kładzie się w trawie i chwilę odpoczywa. Ruszamy dalej. Poszukuję jakiegokolwiek potwierdzenia, że to dzik, którego szukamy. Wreszcie, po 150m na źdźble wyschniętej trawy dostrzegam otarcie z farby wielkości paznokcia. Czyli jednak to ten sam dzik! Decyduję się na ponowne puszczenie Grandla luzem. 30m dalej wchodzi w kępę jerzyn, by z jazgotem z niej wyskoczyć po szarży dzika. Teraz znów oszczekuje w dalszym ciągu niewidocznego przeciwnika. Próbuję zajrzeć w kępę, ale roślinność jest zbyt gęsta. Wspinam się na niewielkiego dęba, licząc, że może z góry uda mi się zlokalizować odyńca. Grandel oszczekuje dzika, jednak z bezpiecznego dystansu. Słyszę, jak postrzałek ciężko dyszy, a wraz z jego oddechem ruszają się otaczające go jeżyny. Nadal jednak nie widzę sylwetki zwierza. Wreszcie po 15 minutach dzik dezyduje się na szarżę na oszczekującego go Grandla, dając szansę na oddanie strzału łaski... Po chwili pisze testament, a pies ma czas na tarmoszenie zgasłego zwierza.
Podchodzę do dzika. Okazuje się być 49kg przelatkiem. Postrzał na bieg, w okolicach zgięcia., wlot od wewnętrznej strony biega - uszkodzone mięśnie stąd tak niewielka ilośc farby. Wołam szczęśliwego myśliwego. Gratulacje, ostatni kęs, złom... Sygnał "Śmierć dzika"... Sprawdzam nawigację - pies przeszedł łącznie 4,3km. Podziw w oczach kolegi myśliwego - bezcenny.

 
 

WYCINEK

Jeszcze nie ostygliśmy po poprzednim postrzałku, a już wieczorem odbieram telefon od jednego z kolegów. ok. 22.00 strzelał do dzika na jęczmieniu, dzik wpadł w las i tyle. Strzelec znalazł trochę farby i kawałki kości. Przeszedł ok 50m, ale zgubił ślad.
Nie dałem się namówić na poszukiwania nocą, umówiliśmy się na 7.00. Grandel od miejsca zestrzału ruszył zdecydowanie. Przeszliśmy na otoku ok. 100m, widząc po drodze spore krople farby i kawałki kości. Przy kępie jeżyn puściłem psa luzem. Minął jeżyny i znikł za wzniesieniem, wpadając w pobliskie żarnowce. Po 3 minutach usłyszeliśmy głoszącego psa. Powoli dochodzimy do kępy żarnowca widząc, jak Grandel oszczekuje 60kg wycinka. Dzik skokami próbuje szarżować, jednak wysoki postrzał na przednie biegi skutecznie uniemożliwia mu walkę. Strzał łaski kończy mękę postrzałka. Składam gratulacje strzelcowi. Na uśmiechniętej twarzy widać podziw dla psa.
Dzik łącznie przeszedł ok. 380m od miejsca strzału, postrzał otrzymał wysoko przez oba biegi, jednak kula nie zahaczyła o mostek. Farby na początku było dość sporo, jednak po150m przestała być tak dobrze widoczna

 
 
 

MÓJ SZÓSTAK

Siedzimy z Grandlem na porannej zasiadce - pogoda paskudna - zacina deszcz na ambonie z zerwanym dachem. Z pól, w śródpolną kotlinę zarośniętą gęstą nawłocią, schodzą jelenie - dwa młode byki. Puszczam je bez strzału, nie mogąc dobrze rozpoznać. Po chwili, kiedy już dobrze się rozwidniło - niemalże śladem poprzednich - idą dwa kolejne. Tym razem, dzięki lepszej widoczności, w pierwszym byku rozpoznaję szóstaka, a za nim ósmaka. Decyduję się na strzał do pierwszego. Byk spokojnie kroczy, więc gwizdnąłem, powodując, że się zatrzymał. Pociągam za spust. Słyszę uderzenie kuli, obserwuję, jak byk wybija się na przednich badylach i przez ułamek sekundy widzę obłoczek pary świadczący o trafieniu. Byk znika za drzewami, a po chwili jego śladem rusza ósmak.  
Grandel piszczy, nie mogąc doczekać się poszukiwań. Jednocześnie przychodzi sms od kolegi - "Na moje ucho kiepski strzał" - co oznacza, że nie słyszał przybicia. Uzgadniamy, że przybędzie pomóc. Po 15 minutach niepewności udajemy się z Grandlem na pole, rozglądam się za leżącym jeleniem.  Niestety, byka nie ma. Szukam zestrzału, nigdzie jednak nie znajduję farby. Grandel niecierpliwie poszukuje tropu, nagle w jednym miejscu wyraźnie zaznacza, że coś znalazł. Zwracam się w jego stronę, dostrzegając kropelkę farby, a kilka metrów dalej. Nieco dalej większą. Idziemy tropem byka, który według mnie kierował się na pole, lecz Grandel wyraźnie ciągnie w kierunku kotliny. Nie daję wiary psu - musiałbym go przecież widzieć! Wchodzimy kilkadziesiąt metrów w zarośla, po czym zawracam psa przekonany, iż tropi byki, które widziałem wcześniej. Tymczasem na przeciwległym zboczu kotliny pojawia się wreszcie kolega, widzi mnie z wariującym na otoku jamnikiem, a jak później relacjonuje - w odległości 60m od nas stojącego byka. Po chwili jeleń rusza - wygląda na zdrowego. Kolega odpuszcza.
Zawracam Grandla z tropu, którym idziemy- jest mocno niezadowolony, wręcz się opiera. Wracamy na pole, lecz sytuacja się powtarza - tym razem jednak idziemy głębiej w kotlinę. Po kilkudziesięciu metrach przed nami widzę uchodzącego byka. Przekonany o tym, że znów widzę jednego ze zdrowych jeleni - ponownie wracam na zestrzał. Tymczasem Kolega siada na małej zwyżce obserwując nasze poszukiwania, żeby w przypadku, kiedy byk się podniesie, próbować go dostrzelić. Przychodzę raz jeszcze na zestrzał bezowocnie poszukując większej ilości farby, czy innych śladów trafienia. Nic nie znajdując, decyduję o puszczeniu psa luzem. Grandel natychmiast rusza z powrotem w kierunku kotliny, wpada w nawłoć i znika.
Mijają dłużące się chwile, gdy wreszcie do naszych uszu dobiegł ten wspaniały dla każdego przewodnika głos oczczekującego psa. Grandel basowo głosi żywego postrzałka!!!
Powoli skradam się przez gęste zarośla w kierunku psa - w końcu widzę leżącego byka i tańczącego wokół niego jamnika. Nie mam jak strzelać w obawie o bezpieczeństwo Grandla. Postrzałek widząc mnie podnosi się i uchodzi kolejne kilkadziesiąt metrów w kierunku kolegi, skąd wreszcie pada strzał łaski. Po chwili jamnik oszczekuje gasnącego już jelenia.
Powoli podchodzimy do leżącego byka. Ostatni kęs, pieczęć, dostaję złom...
Oglądamy tuszę. Moja kula weszła nisko, ok. 10cm za łopatką, lekko na kulawy sztych, uszkadzając wątrobę i przednią część żołądka. Musiałem nieco zerwać strzał...
Strzał śmiertelny, jednak zastanawiamy się, dlaczego nie było farby. Przyglądamy się ranie wlotowej - wygląda na nieco większą niż zazwyczaj.
Później wytłumaczył mi to zjawisko jeden z kolegów, mający doświadczenie w poszukiwaniu postrzałków. Byk stał na wykroku - mając mocno naciągniętą skórę. Po strzale skóra ściąga się, zakrywając ranę wlotową, przez co trafiony zwierz nie daje farby. Stąd kłopoty ze znalezieniem śladów trafienia.
Kolejna nauczka, że należy po prostu ufać psu, zamiast realizować swoje wizje. Zmarnowałem kilkadziesiąt minut na sprawdzanie mojej wersji wydarzeń - przegapiłem byka, który kierował się w innym kierunku niż mi się wydawało...Na szczęście pies wszystko zweryfikował. Łączna długość ścieżki to 320m
.

POSTRZAŁKI CZ.2

 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego