POSTRZAŁKI - V. POLE - Poszukiwanie postrzałków z jamnikiem szorstkowłosym. Grandel - tropowiec.

Idź do spisu treści

Menu główne:

RZEPAK...


Wróciliśmy z Grandlem z porannego wyjścia, położyłem się spać, żeby po godzinie odebrać telefon. 
- Cześć Grzechu, co tam słychać?
- Odsypiam ranne wyjście... odpowiadam nieprzytomnym głosem.
- A tak w ogóle to co robisz? - Wojtek nie daje za wygraną...
Wieczorem łowczy Koła z myśliwym z Belgii siedzieli na ambonie na polu  świeżo wschodzącej kukurydzy otoczonym z trzech stron rzepakiem. Z ponad stu hektarowego łanu rzepaku wyszła wataha dzików, podprowadzający wskazał wyrośniętego przelatka i dewizowiec oddał strzał. Dzik wg relacji łowczego wyraźnie zarył w ziemię i podążył w rzepak. 
Ze względu na zapadający zmrok i znikomą ilość farby przerwali poszukiwania, rano szukali z suczką jagdtetriera, jednak bez skutku. 
Po 11 następnego dnia pojawiamy się z Grandlem na miejscu. Upał nieznośny, na wyjściu w rzepak odnajdujemy trochę farby. Rzepak związany na górze nie pozwala na sprawne poruszanie się, więc puszczam Grandla luzem. 
Obserwujemy wskazania na nawigacji i mozolnie torujemy sobie drogę przez rzepak. Grandel szczeknął ze dwa razy i w swoim stylu popędził w głąb łanu. Próbujemy za nim nadążyć, jednak po ok 150m stajemy bezradnie w środku widząć na gpsie, że pies wraca do auta. Wkrada się zwątpienie, tym bardziej że farby było jak na lekarstwo, w jednym tylko miejscu nieco bardziej obfita... Po ok 100m farba urwała się i byliśmy już zdani tylko na psi nos.
Jamnik wykonał koło o średnicy 250m i czeka koło samochodu, kiedy my torujemy sobie na wzajem drogę w rzepaku. 
Chwilę zajmuje nam dotarcie do samochodu, gdzie Grandel odpoczywa jak gdyby nigdy nic. Temperatura jest naprawdę wysoka, ok 25stopni, więc nie ma się co dziwić
Jeszcze raz podążamy na zestrzał. Tym razem pies jest już wybiegany bardziej koncentruje się na tropie.
Początkowo podąża identycznie jak za pierwszym razem, jednak po kilkudziesięciu metrach wyraźnie odbija w lewo i przemieszcza się w zupełnie odwrotnym do pierwszej próby kierunku. Powoli przemieszczamy się w kierunku jamnika, kiedy słyszymy dwa wyraźne szczeknięcia. Jest w odległości 250m od nas. Na nawigacji widzę że zatrzymał się w miejscu. To może oznaczać tylko jedno - jest przy dziku! 
Nasłuchujemy, ale nie dobiega do nas żaden dźwięk - dzik musi więc być już zgasły... Mozolnie przedzieramy się przez rzepak, dotarcie do psa zajmuje nam dobre 10 minut... Słysząc że się zbliżamy, Grandel zaczyna głoszeniem obwieszczać swoje zwycięstwo...
Oglądamy dzika. Kula o kalibrze 243 ulokowana została ok. 15cm za łopatką nie dając przestrzału. Uszkodzone były płuca i odrobinę wątroba, jednak pomimo to dzik od miejsca strzału pokonał dystans 380m. W stuhektarowym areale rzepaku jego odnalezienie bez udziału psa to karkołomne zadanie... Waga dzika 64kg. 
 
 
 

ROGACZE...


Starszy wiekiem myśliwy z Danii strzela do rogacza na kulawy sztych. Z relacji podprowadzającego wynika, że rogacz częściowo sparaliżowany uchodzi na przednich cewkach w las. Mimo trzykrotnych prób rozemocjonowany dewizowiec pudłuje do uchodzącego zwierza. Teren nie należy do najtrudniejszych, jednak pomimo poszukiwań z foksterierem do zmierzchu, kozła nie udaje się znaleźć.  
Proponuję, że poszukamy kozła jeszcze tego samego wieczora, tym bardziej, że podprowadzający twierdzi, że rogacz na pewno leży.
Pojawiamy się na miejscu po trzech godzinach od strzału. W świetle latarki widać trochę farby, jednak po kilkudziesięciu metrach farba zanika. Grandel wariuje, jak to zwykle na początku pracy. Prowadzi początkowo pod trop do miejsca zestrzału, żeby pokręcić się nieco w koło i chaotycznie okładać pole na otoku. Odwołuję go do porządku i wskazuje na farbę nakazując szukać. Zaczyna pracować - zdecydowanie obiera kierunek zgodny z kierunkiem ucieczki rogacza. Na skraju lasu krąży w koło, niestety nie widzę farby aby móc zweryfikować pracę psa. Po kikudziesięciu sekundach otok zdecydowanie się napręża, co wskazuje że jamnik odnalazł właściwy ślad. Podążam za Grandlem próbując dostrzec jakiekolwiek ślady rogacza, jednak bezskutecznie. przechodzimy przez piaszczystą drogę, na sosnową drągowinę, by po kilkunastu metrach powrócić w pas sosnowego młodnika. Grandel ciągnie zdecydowanie, choć w sosnach nieco chaotycznie - ze dwa razy szczeka zniecierpliwiony moim wolnym tempem. Albo postrzałek jest w pobliżu, albo zwietrzył coś innego co spowodowało tak mocne podniecenie. Podprowadzający przychodzi na szczekanie psa, jednak obaj słabo wierzymy w możliwość podniesienia kozła. Tylko ze względu na zdecydowany ciąg jamnika idziemy dalej - wychodzimy z sosen przez niewielki kawałek łąki. Przecinamy otwartą przestrzeń i wchodzimy w brzozowy las podszyty malinami. Po 40 metrach napięcie na otoku słabnie, świecę przed siebie i widzę, jak Grandel trzyma za tylnią cewkę leżącego kozła... Rogacz próbuje uchodzić, jednak strzał łaski kończy jego męczarnie... 
Oglądamy postrzałka. Kula 308 Win. minęła szyję i uszkodziłą górną część grzbietu nad zadem. Stąd brak farby na ścieżce.  
Umiejscowienie rany spowodowało częściowy paraliż. Pomimo to rogacz przebył odległość 570m - z czego ponad 500m bez farby. Jedynie upór Grandla i jego zdecydowanie spowodowało że dalej za nim szliśmy...
 

Na rannym wyjściu dewizowiec strzela do rogacza na ściernisku przy kukurydzy. Po strzale rogacz jakby zgarbił się i powolutku wszedł w kukurydzę. Widząc, że nie jest to śmiertelny postrzał, decydują o pozostawieniu zwierza w spokoju i skorzystanie na naszej pomocy. 

Po dwóch godzinach jesteśmy na zestrzale. W miejscu gdzie kozioł wszedł do kukurydzy dostrzegamy trochę farby na liściach. Grandel wariuje, wchodzimy (a raczej wbiegamy) za nim w kukurydzę. Tropienie trwa ok minuty, a przebyty dystans to 115m. Grandel chwyta za cewkę próbującego się podnieść postrzałka... Kończę męki rogacza. Kula strzaskała obie przednie cewki wysoko pod mostkiem nie uszkadzając wewnętrznych organów... 

 

Otrzymuję telefon od zaprzyjaźnionego koła z okolicy. Na rannym wyjściu dewizowiec strzelał do kozła, na kulawy sztych. Kozioł żwawo wskoczył w spory łan kukurydzy. Podprowadzający relacjonuje, że rogacz na pewno był ranny na tylnią szynkę. Pojawiamy się na miejscu dopiero ok 16:30. Początkowo na kukurydzy znajdujemy sporo farby, jednak ta urywa się po kilkudziesięciu metrach. Idziemy na otoku, a w zasadzie pędzimy. Nie widzę farby, więc z trudem odwołuję Grandla po trzystu metrach i wracamy na początek. Upał daje się we znaki i Grandel odpoczywa w cieniu. Ruszamy od nowa.  Pozwalam psu na pracę luzem, co powoduje, że jest nam nieco lżej.  Jamnik w szaleńczym tempie oddala się od nas, jednak po chwili wraca, jakby sprawdzając, czy podążamy jego śladem. Nie mamy wyjścia śledząc wskazania nawigacji idziemy za psem. Ten szaleje w kukurydzy, jednak w nasze myśli wkrada się zwątpienie... Przeszliśmy już naprawdę kawał drogi, co prawda klucząc, niemniej jednak spędzliśmy w kukurydzy już dobre 40 minut. Wracamy do auta, zostawiając psa , decydujemy, że ja jeszcze raz spróbuję a Kolega pojedzie odebrać dewizowca z hotelu. Jesteśmy już w połowie drogi do samochodu, kiedy na nawigacji dostrzegam, że Grandel zatrzymał się w miejscu. Albo odpoczywa, albo...

Widzimy, że pies nico zmienił swoje położenie, ale dalej jest w miejscu. Podchodzimy kilkadziesiąt kroków bliżej i do naszych uszu dobiega stłumione beczenie. Ma go!

Pospiesznie przesuwamy się w kierunku jamnika, słyszymy, że rogacz próbuje uchodzić. Wychodzimy z łanu kukurydzy na nieskoszoną pszenicę, gdzie widzę uchodzącego postrzałka przytrzymywanego i obalanego co kilka metrów przez jamnika... Strzał łaski kończy cierpienia zwierza.

Grandel jest wykończony, nawet nie broni swoim zwyczajem zdobyczy, tylko dyszy w cieniu.   

Oglądamy postrzałka, paskudna rana na szynce nie była śmiertelna, jednak w tym upale mogłaby narazić kozła na wielodniowe cierpienia. 

Łączna odległość jaką pokonał jamnik to 5km. Ciężko powiedzieć, czy rogacz przebył dokładnie taki dystans, raczej podejrzewam, że pies musiał kilkukrotnie gubić trop, niemniej jednak na pewno postrzałek próbował przed nami uchodzić..


 
 
 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego